rotating_baner

środa, 18 grudnia 2013

Walka z trzydniówką

Znowu w naszym hotelu internet jest tylko przy recepcji i działa tak źle, że tylko kilka zdjęć udało się wrzucić. Jak tylko będziemy mieli jakieś lepsze połączenie to postaramy się uzupełnić ten wpis o zdjęcia [edit:w międzyczasie zmieniliśmy hotel i tutaj internet działa bardzo dobrze, więc zdjęcia zostały uzupełnione]. Stąd kolejna przerwa w publikowaniu. Od trzech dni jesteśmy w Georgetown, na wyspie Penang. Przed wczoraj było intensywne zwiedzanie, a od dwóch dni Łukasz zafundował nam i sobie odpoczynek w hotelowym pokoju . Wczoraj rano miał lekką gorączkę, więc pojechaliśmy odwiedzić pana doktora. No i słusznie, bo Łukasz najprawdopodobniej przez zdradziecką klimatyzację zapewne na promie nabawił się tzw "trzydniówki" . Chociaż na początku postawiono diagnozę - przeziębienie i nawet dostał antybiotyk i paracetamol na gorączkę. Dzisiaj po ponownej wizycie u Pana doktora Łukasz miał zrobione badanie krwi celem wykluczenia malarii oraz dengii, no i mamy nadzieję, że diagnoza jest tym razem prawidłowa. Liczymy się z tym , że jeszcze jutro będzie temperatura, a w piątek już ma być dobrze . Może się pojawić jakaś wysypka, ale to już małe piwo. Co do tutejszej służby zdrowia, to jesteśmy pod wrażeniem, niejeden szpital w Polsce mógłby pozazdrościć temu, w którym byliśmy dzisiaj. Szybko, sprawnie a opieka naprawdę na poziomie. Przy rejestracji dostaje się taką kartę, z której wybiera się doktora. Są zdjęcia i opisy specjalności, szkół i kursów jakie ukończyli lekarze. Oczywiście obsługa i wizyta w języku angielskim nie stanowi najmniejszego problemu. Co ciekawe, do karty pacjenta wpisywane jest wyznanie, a przepisane leki są w cenie wizyty. Wracając do Georgetown, to jesteśmy nim zachwyceni. Jedno z lepszych miejsc na trasie naszej całej wyprawy. Jest to miasto z kolonialną architekturą, które w przeszłości było we władaniu Brytyjczyków i było równie ważne co Singapur.



Mieszkają tutaj koło siebie Malajowie, Chińczycy i Hindusi. Dzięki temu powstało niesamowite miejsce , w którym można znaleźć ponoć najlepsze jedzenie uliczne w Azji i zwiedzić świątynie kilku wyznań. Co do jedzenia, to faktycznie liczba stoisk na ulicy, gdzie można za kilka złotych dostać coś na ząb oraz różnorodność tych dań jest oszałamiająca. Śmiało można tu przyjechać tylko po to, żeby oddać się bez reszty kosztowaniu tych wszystkich specjałów.



Miasto jest na tyle małe, że bez problemu można je zwiedzać na piechotę. Oczywiście nie omineliśmy świątyń. Bardzo ciekawe są chińskie świątynie w dzielnicy Chinatown.



Duża społeczność chińska mieszka na nabrzeżu w tzw. jetties czyli domach na palach. Bardzo klimatyczne miejsce, nawet myśleliśmy czy tam nie wynająć miejsca w hotelu, ale brak prywatnej łazienki trochę nas odstraszył.



Jest też dzielnica hinduska tzw. Little India. Tam na małym obszarze pełno jest głośnych sklepów z muzyką i filmami oraz z hinduską odzieżą. Jest też i świątynia.



Ponieważ jesteśmy w kraju muzułmańskim to nie może zabraknąć meczetu. Na zdjęciach poniżej okazały meczet Masjid Kapitan Kling.



W związku z tym, że zachorowanie Łukasza trochę pokrzyżowało nam plany wygląda na to, że w Penang zostaniemy aż do 22 grudnia. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, dzięki temu będziemy mieli unikalną okazję zgłębić tajniki jednych z lepszych w świecie ulicznych kuchni.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza