rotating_baner

wtorek, 27 września 2016

Podsumowanie cz.1

Nadszedł w końcu czas na jeden z najważniejszych wpisów na blogu. Spróbujemy podjąć wyzwanie i dokonać podsumowania naszego wyjazdu życia. Co prawda jeszcze cała Indonezja została nam do opisania, ale chyba możemy zrobić mały wyjątek. Na Indonezję przyjedzie jeszcze czas. Zwłaszcza, że mimo kilku minusów Indonezja okazała się krajem, który ma bardzo wiele do zaoferowania i na pewno jest warta opisania. A tymczasem zapraszamy wszystkich na pierwszą część podsumowania naszego 5-miesięcznego wyjazdu z dwoma maluchami.

Hobbiton - nie można tam nie pójść będąc w Nowej Zelandii


Zanim wszystko się zaczęło

Może najpierw kilka słów wyjaśnienia. Jak to się stało, że udało nam się na tak długo wyjechać. Przecież nikt kto ma normalną pracę na etacie nie wyjeżdża na tak długie wakacje. Otóż rozwiązanie jest bardzo proste. Wystarczy wejść w posiadanie noworodka, a potem już jest z górki. Jak tylko okazało się, że jest kolejna ciąża i że za kilka miesięcy przyjdzie na świat nowy mały człowiek w skrytości snuliśmy już plany, gdzie tym razem wyjechać. Dzięki benefitom dla świeżo upieczonych rodziców w postaci np. dodatkowego półrocznego urlopu rodzicielskiego można wyruszyć na naprawdę długą wyprawę. Urlop rodzicielski ma jeszcze jedną niezaprzeczalną zaletę - jest płatny i to nawet nieźle. Otrzymuje się, aż 80% swoich dotychczasowych zarobków. Zatem przynajmniej w części można mieć finansowanie wyjazdu.


Trasa

Poniżej w dużym uproszczeniu nasza trasa na mapie.




Zaczęliśmy od kilkudniowego stopovera w Hongkongu, gdzie zachłysnęliśmy się ogromnym azjatyckim miastem.

Hong Kong nocą..


Następnie rozpoczęliśmy niesamowitą 6-tygodniową przygodę z Nową Zelandią, gdzie podróżowaliśmy wypożyczonym samochodem, a noce spędzaliśmy w 3-osobowym namiocie. Po przejechaniu 6 tysięcy kilometrów przenieśliśmy się do Melbourne w Australii. Po ponad 40 nocach spędzonych w namiocie z entuzjazmem powitaliśmy możliwość spania na zwykłym łóżku. Radość trwa 3 noce i ruszamy dalej. Znowu z wypożyczonym samochodem i namiotem w bagażniku. Po 4 tygodniach i pokonaniu blisko 4 tysięcy kilometrów docieramy do Brisbane. Wyrywamy się z krainy kangurów i pokonawszy samolotem spory kawałek Pacyfiku rozpoczynamy 3 tygodniowy pobyt na Fidżi.

Plaża na Fidżi


Potem powrót do Brisbane i ruszamy dalej na północ, aż do Cairns, by zapoznać się bliżej z Wielką Rafą Koralową. W Cairns oddajemy samochód, sprzęt biwakowy zamykamy w jednym plecaku i rozpoczynamy nowy rozdział naszej podróży. Lądujemy na Bali. W Indonezji spędzimy najbliższy miesiąc odwiedzając wspomniane już Bali, Lombok i Javę. Podróż kończymy sentymentalnym postojem w Bankgkoku - mieście, które jest dla nas symbolem Azji pełnym miłych wspomnień i zachwytów. Jeszcze krótki ponowny stopover w Bangkoku i wracamy do Polski.

Bangkok świątynia 


Loty


Wyjazd wyjątkowo obfitował w loty. Odbyliśmy ich, aż 13 i tym samym zdobyliśmy czarny pas w sprawianiu by małe dzieci w ciszy i spokoju przetrwały podniebne podróże. Większość lotów kupiliśmy jeszcze w Polsce, aczkolwiek zdarzył się jeden lot z wyspy Lombok na wyspę Java w Indonezji, który kupiliśmy będąc już na miejscu, bodajże dwa tygodnie przed wylotem. Jak się okazało, cena była całkiem całkiem przyzwoita. Główne połączenie Warszawa -> Hongkong -> Auckland i powrót Bankgkok -> Hongkong -> Warszawa zakupiliśmy za pośrednictwem biura podróży Primapol Travel z Bielska Białej. Cenowo wyszło podobnie niż samodzielnie znalezione bilety (np. Lufthansą), ale za to lecieliśmy pięciogwiazdkowymi liniami Cathay Pacific.
Mediolan - już za moment tym samolotem opuścimy Europę na 5 miesięcy
Pozostałe nasze połączenia realizowaliśmy tanimi liniami lotniczymi jak AirAsia, JetStar, Virgin Australia. Jak się okazuje po Australii i Oceanii też można latać tanio, tylko bilety trzeba kupić z odpowiednim wyprzedzeniem. Dobre ceny na połączenia lotnicze można znaleźć w meta wyszukiwarce: Hipmunk.com lub Cheapoair. Szuka dość efektywnie i jakby nie wspomniane wyżej biuro podróży to kupilibyśmy właśnie przez ten serwis.



W Indonezji dość sprawnie i tanio można poruszać się samolotami. Ceny są przystępne, a z pewnością połączenie lotnicze jest o niebo szybszą alternatywą niż inne środki transportu (np. promy między wyspami). Bilety można zakupić np przez serwis: traveloka lub tiket.com

Sriwijaya Air - zabrał nas z Surabaya do Yogyakarty

Poniżej spis lotów, jakie odbyliśmy podczas tego wyjazdu.
Warszawa -> Mediolan (Cathay Pacific/LOT)
Mediolan -> Hong Kong (Cathay Pacific)
Hong Kong -> Auckland (Cathay Pacific/Air New Zealand)
Christchurch -> Melbourne (China Airlines)
Brisbane -> Nadi (Virgin Australia)
Nadi -> Brisbane (Virgin Australia)
Cairns -> Denpasar (JetStar)
Lombok -> Subaraya (Lion Air)
Subaraya -> Yogyakarta (Sriwijaya)
Jakarta -> Bangkok (AirAsia)
Bangkok -> Hongkong (Cathay Pacific)
Hongkong -> Amsterdam (Cathay Pacific)
Amsterdam -> Warszawa (Cathay Pacific/LOT)

A jak to wszystko cenowo? No cóż do Nowej Zelandii nie da się tanio dolecieć, promocje zdarzają się naprawdę rzadko i bardzo trudno jest ustrzelić tani bilet. Podobnie po Oceanii loty nie należą do najtańszych. Jeżeli wziąć całą naszą czwórkę to bilety za wszystkie 13 lotów wyszły po około 5.5 tyś za osobę. Czy to dużo czy mało za taką wyprawę? Oceńcie sami.

Transport



Nowa Zelandia

Nasz wyjazd można podzielić w zasadzie na dwie części. Pierwsza obejmująca Nową Zelandię i Australię, gdzie poruszaliśmy się wynajętymi samochodami i spaliśmy w namiocie. Druga część to obejmuje pozostałe miejsca i tam poruszaliśmy się komunikacją zbiorową (pociągi, autobusy, promy i taksówki), a spaliśmy w hotelach.

Gdzieś w drodze do Queenstown


Zanim opiszemy co i jak wynajmowaliśmy mała uwaga. Po Nowej Zelandii, a zwłaszcza po Australii bardzo popularne jest podróżowanie kamperem lub samochodem kamperopodobnym. Mamy tu na myśli np. przerobionego minivana. Takie manivany można wypożyczyć w dość atrakcyjnej cenie, tylko jest jeden problem. Z dwójką dzieci już nie za bardzo da się wejść do takiego samochodu. Zatem trzeba brać coś większego. No i tu jest pies pogrzebany. Ceny takich kamperów niestety okazały się dla nas zaporowe. Wynajęcie zwykłego osobowego samochodu to już koszt 2-3 razy mniejszy. Kwestia kamper vs samochód osobowy to zresztą dość obszerny temat i całkiem możliwe, że wart jest osobnego wpisu.



Będąc w Nowej Zelandii 6 tygodni przejechaliśmy wypożyczonym Nissanem Tiidą blisko 6 tyś. kilometrów. Samochód wzięliśmy z wypożyczalni Apex. Ceny mają jedne z najlepszych. Samochody niestety nie nowe (nasz miał powyżej 8 lat na pewno), ale za to w cenie wypożyczenia dostaje się bilet na prom pomiędzy Wellington, a Picton. Oprócz tego dodatkowy kierowca za darmo oraz foteliki dla dzieci. Nie ma też opłaty za oddanie samochodu na innej wyspie! Zatem to całkiem dobra oferta. Nasz Nissan Tiida pomimo, że sedan był bardzo pakowny i w zasadzie bez problemu pomieścił całe nasze bagaże (2 plecaki, dużą torbę na kółkach i wózek parasolkę). Cena za 43 dni wypożyczenia (z pełnym ubezpieczeniem) 2323 NZD. Rezerwowane jeszcze z Polski.

Na polu namiotowym w Taupo / Nowa Zelandia


Australia

W Australii mieliśmy nie jeden samochód, a dwa. To dlatego, że tam nasza trasa była podzielona na dwa etapy Melbourne -> Brisbane i Brisbane -> Cairns. Z Brisbane w tzw. międzyczasie mieliśmy, krótki skok na Fiji. Nasz pierwszy pojazd to był nowiutki Holden Cruz (u nas ta marka widnieje pod nazwą Chevrolet).



Holden Cruze to bardzo przyjemny samochód. Miał tempomat, co było zbawieniem na australijskich drogach. Również pakowny, chociaż nie, aż tak jak poprzedni samochód. W Apex Australia niestety nie było wolnych samochodów, więc byliśmy zdani na wypożyczalnię Redspot. Samochód znaleźliśmy przez wyszukiwarkę DriveNow. Inna ciekawa meta wyszukiwarka samochodów to Vroom Vroom Vroom. Holden kosztował nas 1514 AUD za 33 dni. Tym razem wykazaliśmy się większym sprytem i wzięliśmy go z podstawowym ubezpieczeniem. Na ewentualne szkody mieliśmy wykupione własne, ale o tym przy okazji omawiania ubezpieczeń.

Na polu namiotowym gdzieś w Queensland / Australia


Drugi Australijski samochód na trasie Brisbane -> Cairns to był Hyundai Elantra z firmy Apex Australia, którą szczerze polecamy. Firma okazała się dobra i tania, zarówno w Nowej Zelandii jak i w Australii. Tutaj samochód kosztował na 515 AUD za 12 dni.

Fiji

Fiji i Indonezja to już zupełnie inny charakter podróży. Na Fiji większość turystów udaje się na wyspy w archipelagu Mamanuca lub dalej na wyspy Yasawa. O ile na bliskie wyspy można się dostać lokalnym transportem np. z Nadi (trzeba popytać w lokalnych biurach podróży) to na bardziej odległe wyspy trzeba już skorzystać z usług monopolisty i popłynąć do hotelu katamaranem Yasawa Flyer, ceny bardzo wysokie. Na głównej wyspie Fiji Viti Levu jest już dużo łatwiej.
Sporo autobusów kursuje na trasie Lautoka - Suva (Queens Road). Dwie główne firmy obsługujące tą linię to Sunbeam oraz Pacific. Praktycznie co godzinę jakiś jedzie. Ceny całkiem spoko np. za bilet na trasie Nadi - hotel Beach House (około 2 godziny jazdy) zapłaciliśmy 18FJD za wszystkich czyli jakieś 35 zł.

Czekamy na autobus do Nadi / Fidżi


Indonezja

Podróżowanie po Indonezji jest bardzo proste. Na każdym kroku napotkamy jakąś oficynę biura podróży, które oferuje transfery. Nie ma nic prostszego. Porównujemy ceny w kilku i wybieramy najdogodniejszą opcję. Podajemy adres naszego hotelu i o umówionej godzinie podjeżdża po nas kierowca. Potem tylko jazda do miejsca docelowego. Nas miejscu już nie ma tak dobrze. Z ostatniego przystanku trzeba sobie podejść do hotelu. Dobrze jest to uwzględnić przy rezerwacji noclegu, by za daleko nie maszerować z plecakami. Przykładowa cena za transfer Kuta - Ubud na Bali (1h jazdy) to około 80.000 IDR czyli jakieś 23 zł za osobę.

Konna riksza Gili Trawangan / Indonezja


W Ubud korzystaliśmy natomiast z usług lokalnych taksówkarzy by zwiedzać okoliczne świątynie czy pola ryżowe. Ceny około 350.000 IDR (około 100 zł) za pół dnia lub 500.000 IDR (około 150 zł) za cały dzień wynajęcia samochodu z kierowcą. Inny rodzaj transportu to promy. Z takiego rozwiązania korzystaliśmy by się dostać np. na Gili Trawangan z Bali. Tutaj trzeba zaznaczyć, że dostępne są dwa rodzaje promów. Szybkie dla turystów i wolne, ale za to zdecydowanie tańsze dla lokalsów. No cóż, z dwójką małych dzieci długie przeprawy promowe, a zwłaszcza uciążliwe czekanie na zaokrętowanie staramy się ograniczyć do minimum. Dlatego wybór był oczywisty. Dopłacamy trochę i płyniemy łodzią dla turystów.

Załadunek bagaży na prom na Gili Trawangan z Bali 


Przy dużych odległościach jednak stanowczo rekomendujemy przelot samolotem. Ceny w Indonezji nawet za loty kupowane z małym wyprzedzeniem są bardzo atrakcyjne. Dla przykładu za lot z wyspy Lombok do Yogyakarta na wyspie Java zapłaciliśmy 672 zł. Lot był realizowany z przesiadką w Subaraya i lecieliśmy dwiema różnymi liniami lotniczymi. By zakończyć sprawę transportu po Indonezji możemy wspomnieć jeszcze o podróżowaniu pociągiem. To na wyspie Java doskonała opcja. Pociągi są komfortowe, jest klimatyzacja i są płatne posiłki serwowane przez obsługę. Co jeszcze fajniejsze bilety można zakupić online na wspomnianej wcześniej stronie tiket.com. Z tej opcji transportu skorzystaliśmy jadąc z Yogyakarty do Jakarty (około 8h) cena 959.500 IDR (na złotówki to będzie około 280 zł) za naszą czwórkę.

W pociągu do Jakarty / Indonezja


Uff... to by było na tyle w pierwszej części. Do zobaczenia mamy nadzieję już wkrótce w części drugiej.

czwartek, 14 lipca 2016

Viti Levu

Będąc na Bounty bardzo często patrzyliśmy na zachód. Tam gdzie wysoko ponad morze wznosiła się główna wyspa Fidżi. W czasie kiedy słońce przyjemnie ogrzewało nas promieniami, tam najczęściej kłębiły się ciemne burzowe chmury. Jak to możliwe, przecież to zaledwie kilkanaście kilometrów? U nas piękne słońce grzeje, a tam ulewa. Wtedy cieszyliśmy się jak to mamy fajnie, ale i z niepokojem patrzyliśmy w przyszłość co to będzie niedługo. Bo w końcu jednak kiedyś trzeba opuścić tą rajską wyspę. Stało się, po 8 dniach na wyspach Mamanuca z powrotem stawiamy stopy na ziemi głównej wyspy Fidżi Viti Levu. Jeszcze nie wiemy, ale już wkrótce posypie się sporo naszych planów. Oj Fidżi da się nam we znaki.

środa, 29 czerwca 2016

Góry Błękitne

Nie wiemy jak to się stało, ale przy opisywaniu naszego rendez vous z Nową Południową Walią w Australii pominęliśmy jedno znaczące miejsce. Kompletnie nie mamy pojęcia jak to się stało, bo przecież Góry Błękitne, o których mowa z pewnością nie zasługują na pominięcie. Zatem nadrabiamy zaległości i na moment z Fidżi przeniesiemy się jakieś 3500 km na południowy zachód by zapoznać się z niezwykłymi górami.

środa, 15 czerwca 2016

Mana Island

Idylla na wyspie Bounty powoli dobiega końca. Cztery noce mijają bardzo szybko. Przed jedenastą przypływa po nas łódź i zaczynamy nową przygodę tym razem na wyspie Mana. Jeszcze nie wiemy, że ten nocleg będzie się bardzo różnił od tego na Bounty. Może najpierw kilka słów o tym jak znaleźliśmy nasz nowy nocleg, bo to ciekawa historia. Będąc w Nadi recepcjonista w naszym hotelu złożył nam ofertę nie do odrzucenia: 600 fidżyjskich dolarów za cztery noce z pełnym wyżywieniem w pokoju na wyspie Mana. Oferta bardzo, ale to bardzo atrakcyjna jak na nocleg na wyspach Mamanuca. Dobra bierzemy. Zapłacić teraz się nie da, o 20 przyjedzie właściciel i wtedy będzie się dało. Faktycznie o umówionej godzinie zjawia się lekko otyły mężczyzna i każe iść za sobą. Wychodzę razem z nim z hotelu i zatrzymujemy przed zaparkowanym samochodem. Otwierają się drzwi i otyły gestem zaprasza mnie do środka. Muszę przyznać, że w tamtym momencie lekko się zawahałem. Momentalnie serce znalazło się w gardle. Jak szybko się okazało strach miał wielkie oczy. Dość szybko przeszliśmy do interesów. Kasa przeszła z ręki do ręki i po chwili trzymałem voucher z jednym zastrzeżeniem: mam go nikomu nie pokazywać, a jak coś to mówić, że rezerwowaliśmy przez internet. Do dzisiaj nie wiemy o co chodziło. Prawdopodobnie jeden wspólnik kantował drugiego.

Płyniemy na Mana, Łukasz mina coś nie tęga

wtorek, 17 maja 2016

Bounty Island

Dziewiąta rano przyjeżdża po nas człowiek samochodem do naszego hotelu. Nasz krótki epizod z rota wirusem wydaje się, że już jest za nami. Było intesywnie, ale na szczęście krótko. Dzień rekonwalescencji w pokojowym hotelu wystarczył byśmy wszyscy doszli do siebie. W każdym bądź razie uśmiechnięci pakujemy wszystkie bagaże do samochodu, mówimy 'bye, bye' miłej obsłudze hotelowej i ruszamy. Już niedługo przybędziemy na naszą pierwszą rajską wyspę. Najpierw czeka nas jednak oczekiwanie na wypłynięcie, które trochę się przeciąga, a potem jeszcze 30 minut rejsu. Bounty Island to jedna z bliżej położonych wysp od głównej wyspy Fidżi Viti Levu. Czas dotarcia liczy się w minutach, a nie w godzinach jak na np. odległe wyspy Yasawa. W końcu jest, widać skrawek ziemi, gdzie będziemy mieszkać przez najbliższe cztery dni.