rotating_baner

wtorek, 22 marca 2016

Great Ocean Road

Po zakosztowaniu odrobiny luksusów w postaci wygodnego łóżka odpalamy naszego Holdena Cruze z wypożyczalni i ruszamy z Melbourne na zachód. Naszym celem niezwykła trasa drogowa. Długa na 243 kilometry szosa od miasta Torquay do miasta Warrnambool o wdzięcznej nazwie Great Ocean Road .
Wierzcie albo nie, ale ta nadoceaniczna droga to największy na świecie pomnik. Wybudowali ją żołnierze - weterani I Wojny Światowej w hołdzie swoim poległym kolegom. Trudzili się nad budową od 1919 roku aż do 1932 roku. Droga miejscami wąska, wijąca się krętymi serpentynami prowadzona jest często tuż nad brzegiem oceanu. Jak zapewne się domyślacie nie bez powodu nazywa się Great Ocean Road. Jej niezaprzeczalna cecha to zapierające dech w piersiach widoki i całe mnóstwo lookoutów, gdzie można zatrzymać się na moment, wyskoczyć z samochodu i trzasnąć jakieś niezapomniane zdjęcie. Nam niestety kierownik wycieczki nieczęsto pozwala na zatrzymanie samochodu, więc australijskie wybrzeże podziwiamy głównie przez szybę naszego pojazdu.
O tym, że wybrzeże doskonale nadaje się do nauki surfingu przekonujemy się w miejscowości Lorne, gdzie zatrzymujemy się na popas. U nas dzieci wozi się na szkółki narciarskie, a tutaj na surferskie.
Nauka w toku, czerwoni to instruktorzy
Piasek we włosach, piasek na twarzy, chyba komuś podoba się ta plaża 
A może by tak rzucić to wszystko i zostać surferem? 
Tuż za Apollo Bay sytuacja robi się bardziej dramatyczna. Pojawiają się dziwne znaki drogowe, misie koala na drzewach (nie mamy dobrego zdjęcia, kierownik nie pozwolił zrobić) i nawet można się przejść po lesie deszczowym.
W końcu wyskakujemy z samochodu na punkcie widokowym. Ten słoiczek nigdzie nie będzie smakował tak dobrze jak w takiej scenerii.
To był zaledwie przedsmak tego co zobaczymy kilkadziesiąt kilometrów dalej po pokonaniu kolejnego miliona zakrętów. W końcu docieramy na ogromny parking, gdzie z autokarów na ulicę wysypują się tabuny azjatów. Chyba dotarliśmy do najsłynniejszego punktu na Great Ocean Road czyli do Dwunastu Apostołów. Skał co prawda nijak nie ma dwanaście, ale tak przecież lepiej brzmi :) Mimo naporu turystów udaje nam się jakoś rozepchać ciżbę łokciami przy barierce i zrobić upragnione zdjęcia. Podziwiajcie z nami ten cud natury. Dla tych widoków właśnie i dla tych kilku zdjęć przyjeżdża się na Great Ocean Road.
Na pożegnanie z Great Ocean Road robimy jeszcze szybki przystanek przy London Arch. Fantastyczne skały, które jeszcze niedawno faktycznie wyglądały jak most. Niestety w 1990 roku skała łącząca formację z lądem runeła do wody. Co nie znaczy, że nie warto się tam zatrzymać. Warto i to jak najbardziej.
Nasze następne kroki kierujemy do miejsca, gdzie oko w oko staniemy z kukaburą (ang. kookaburra) i będziemy musieli kiełbasy bronić własną piersią i krzesłem.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza