rotating_baner

sobota, 2 listopada 2013

Maluch na moście

Dzisiaj nie za dużo się działo. W Kanchanaburi mamy nocleg w hotelu na pontonie, szkoda tylko że już nie było pokoi z widokiem na rzekę, ale i tak jest dobrze. Sam wystrój pokoju trochę trąci myszką, trudno machneliśmy na to ręką. Mamy za to wielkie łóżko zajmujące prawie cały pokój :-) Zostajemy tu trzy noce.



Kanchanaburi to głównie jedna ulica gdzie skupia, się cały turystyczny ruch. Można sobie kupić na przykład wielką kiść bananów i wziąć ją sobie na plecy.



Potem mieliśmy małą przerwę na obiad, gdzie prawie umarłem jedząc danie z czerwonym curry. Ostre cholerstwo jak nie wiem, ale dałem radę :-) Aga za to robi przegląd dań, które są "not spicy". Z reguły takie zamówienie się udaje, aczkolwiek zdarzyło się, że coś co miało być łagodne na polskie standardy było nieźle pikantne. Najlepsze okazują się bardzo aromatyczne słodko-kwaśne zupy z imbirowo-cytrynową nutą. BTW obiad dla dwóch osób z piwem i shakiem owocowym to jakieś 25 do 30 zł. Na ulicznych straganach jeszcze taniej. Pad thai czyli taki smażony makaron z warzywami i mięsem kosztuje około 3 zł. Trzeba tych Tajów do Polski ściągnąć.



No i w końcu atrakcja dnia, maluch na moście na rzece Kwai.



Odkąd jesteśmy tutaj tzn w Tajlandii Łukaszek robi furorę, co objawia się nawet piskiem mijających nas kobiet :-) a co jakiś czas ktoś podchodzi i chce sobie zrobić zdjęcie z Łukaszem. Wygląda to mniej więcej tak:



Na koniec jeszcze napiszemy, że znaleźliśmy nowy owoc do spróbowania. Custard apple czyli po polsku flaszowiec łuskowaty. Chyba wolę angielską nazwę. W dotyku miękki, biały w środku, dużo pestek, o gąbczastej konsystencji. Przede wszystkim słodki i aromatyczny, w przewodniku napisali, że ma łączyć smaki truskawek, gruszek i cynamonu. Może to lekka przesada, choć coś w tym jest.



Jutro ruszamy z lokalnym biurem podróży na wycieczkę objazdową po okolicznych atrakcjach. Mają być między innymi gorące źródła, jakiś wodospad, przejazd ciuchcią po Death Railway oraz wizyta, a bardziej spacer, po Hellfire Pass. Pobudka 6:30, brrrr...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza