rotating_baner

piątek, 23 maja 2014

Hawańskie modżajto w samo południe

Tym razem plan bardziej ambitny niż wczoraj, przypuszczamy atak frontalny na muzea w Hawanie. Licho nam to wyjdzie, bo zaliczymy zaledwie jedno, ale przynajmniej chęci były. Korzystamy z okazji, że około 9 rano Łukasz zapada w swoją pierwszą drzemkę i ruszamy do Muzeum Rewolucji. Na ten szczytny cel został przeznaczony okazały budynek byłych prezydentów Kuby.



Mamy pecha bo część sal z barokowym wystrojem jest w remoncie. Małą próbkę tego co można zobaczyć widzimy w jedenj już oddanej do użytku sali.
Za to sale opisujące jak Fidel i komandante Che Guevara walczyli z reżimem Batisty są otwarte. Nie należy się spodziewać za wiele po tym muzeum. Są tam głównie fotografie, jakieś reprodukcje i czasem eksponaty w stylu: oto słynna łyżka, której używał jakiś słynny rewolucjonista (tu pada nazwisko) podczas walk w górach. Ogólnie muzeum fajne i godne polecenia. Jest jeszcze jedna rzecz, o której koniecznie trzeba wspomnieć przy okazji tego muzeum. Mianowicie znajduje się w nim łódź Granma, jest to słynny na całej Kubie jacht, którym Fidel i Che Guevara razem z 80 kilkoma innymi rewolucjonistami przypłynęli na Kubę z Meksyku by rozpocząć rewolucję i obalić Batistę.
Na tym zdjęciu np. jest moneta, którą w jakieś chacie zostawił Raul Castro :)
A tu mała scenka rodzajowa jak Che z bodajże Camillo Cienfuegos wyskakują niespodziewanie z krzaków by zapewne narobić trochę rewolucji.
A tu budynek na terenie muzeum, w którym znajduje się słynny jacht Granma.
Około południa postanawiamy odpocząć chwilę, przysiadamy w kawiarni na Plaza de San Francisco i popełniamy wielki błąd. Zamawiamy mojito. Tutaj mała dygresja, Havana jest stolicą tego drinka i tutaj on się narodził i co najlepsze nawet w bardzo turystycznym miejscu nie kosztuje on wiele. W naszym przypadku ta przyjemność wyniosła nas zaledwie 2 cuc za jednego drinka. No cóż ale przy 30 kilku stopniach upału, mojito nie jest najlepszym pomysłem.
W lekko za dobrym humorze całujemy klamkę w fabryce cygar Partagas. Okazuje się, że fabryka nie jest już otwarta w tym miejscu i na pocieszenie możemy jedynie zobaczyć przyfabryczny sklep firmowy. Ogólnie ceny cygar są lekko szokujące. Najlepsze czyli marki Cohiba potrafią i kosztować 40 czy 80 zł za sztukę. Oczywiście nieopodal fabryki kręcą się rzekomo jej pracownicy, którzy sprzedają je taniej. W każdym przewodniku ostrzegają, że oryginalność tych cygar jest mocno wątpliwa.
Spacerując po Hawanie trzeba mieć się na baczności. Nie wiadomo jaka okazja do trzaśnięcia foci skrywa się tuż za rogiem.
A tu nie pomyliły nam się zdjęcia, takie miejsce rzeczywiście jest w Hawanie, blisko fabryki cygar Partagas. Jest to brama prowadząca do chińskiej dzielnicy, gdzie wcinamy całkiem niezły, chociaż trochę drogi obiad w restauracja San Cristobal. Pomimo, że jest tam stosunkowo drogo, to chyba ta restauracja wyjątkowo słabo płaci pracownikom, bo na odchodne kelner sugeruje nam, żebyśmy sobie raczej chodzili jeść gdzie indziej, że na przykład za rogiem też jest smacznie, a dużo taniej.
Może ceny i wygórowane, ale w San Cristobal napewno nadrabiają wystrojem.
To Floridita, czyli chyba najsłynniejszy bar w całej Hawanie. To właśnie w nim Ernest Hemingway zwykł mawiać: "Mi daiquiri por favor".
Dzień kończymy pysznym piwem z minibrowaru La Factoria na Plaza Vieja. Opcja trochę droga, bo około 4 cuc za kufel, ale smak rekompensuje wszystko. Warto też spróbować tam daiquiri refrescante (na zdjęciu poniżej to różowe), wcale nie jest mocne, a kufel w którym jest podawane ma zacną pojemność pół litra.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza