rotating_baner

sobota, 24 maja 2014

Kowboje w Vinales

Około 8 rano mamy mieć autobus Transtur do Vinales z hotelu Inglaterra. Cena ta sama co Viazul, a wystarczy przejść 10 piechotą żeby dotrzeć do miejsca odjazdu. Do przystanku autobusów Viazul musielibyśmy brać taksówkę. Uwaga na marginesie Viazul to autobusy ze względu na cenę przeznaczone raczej dla turystów. Kursują na ważniejszych trasach. Godny polecenia środek transportu na Kubie. Niestety nie wszystko wygląda różowo i obiecujemy sobie unikać autobusów Transtur w przyszłości. Zamiast o 8 rano autobus podjeżdża dopiero około 8:40, ale to nie znaczy że już jedziemy. Przez następne blisko półtorej godziny jeździmy po Hawanie po różnych hotelach zbierając kolejnych pasażerów. Tak więc zamiast jechać 2.5 godziny dotarcie do Vinales zajmuje nam prawie pięć godzin. Na miejscu autobus momentalnie otacza chmara naganiaczy. Niektórzy mają kartki i oferują nocleg po 10 cuc za noc. Eh motyla noga, my płacimy 25 cuc za noc. Chociaż ktoś nam powiedział, że te noclegi za 10 cuc (30 zł) nie są do końca legalne. Normalnie każda casa particular musi odprowadzać co miesiąc 75 cuc za licencję plus 10% swoich miesięcznych dochodów. Okazuje się, że lądujemy u naprawdę sympatycznej rodziny emigrantów z Hiszpanii, którzy uciekli na Kubę przed represjami gen. Franco podczas hiszpańskiej wojny domowej w 1936 roku. Z czystym sumieniem możemy polecić ten nocleg każdemu - Villa Irure.

Vinales stanowi miła odmianę po zaniedbanej Hawanie.
Co jakiś czas zadowolony Che patrzy sobie na Vinales z ukosa.
Pełno tutaj jest parterowych domków jednorodzinnych, w prawie każdym można znaleźć nocleg. Domki wyglądają jak nowe i pomalowane są na różne pastelowe kolory. Przed każdym domkiem jest taras z bujanymi fotelami.
Normalny widok to przemykająca ulicami mała furmanka z jednym koniem lub prawdziwy kowboj na koniu w kapeluszu maczetą lub wielkim nożem u pasa.
Ogólnie mamy wrażenie, że ludziom lepiej się tu żyje. Jest dobrze wyposażony sklep, widzimy też różne osoby jadące na naprawdę niezłych rowerach górskich. A jak już jesteśmy przy rowerach to na Kubie, można zobaczyć ciekawe rozwiązanie jeżeli chodzi o przewożenie dzieci na rowerze. Ponieważ nie ma fotelików rowerowych, ani tym bardziej przyczepek Kubańczycy radzą sobie montując takie oto drewniane siodełko.
Jak widać drewniane ale działa, spotykamy nawet jednego zadowolonego chłopca z tatą.
W ciągu dnia dość ciepło, ale i jak +30 stopni to drzemkę jak najbardziej można sobie uciąć.
Wieczorem chcemy kupić opakowanie kawy w sklepie dla lokalsów za 4 peso (około 50gr) , ale pan nam grzecznie tłumaczy, że to jest towar na kartki. No nic, za to kupujemy rewelacyjny owoc. Nazywa się chyba Mamita, albo jakoś bardzo podobnie. Jest wielkości dużego mango, ma brązową skórę, czerwony miąższ i jest konsystencji awokado. Na pocieszenie zostają bułki i spacer wieczorny.
Poniższe zdjęcie wymaga małego komentarza. Na Kubie funkcjonuje coś takiego jak Komitety Obrony Rewolucji po hiszpańsku w skrócie CDR. Każda dzielnica miasta, o ile nie nawet ulica posiada taki komitet. Czym się zajmują możemy się tylko domyślać. Ich działalność widać na każdym kroku. W wielu miastach są murale wykonane przez CDR, tabliczki etc. Nie inaczej jest w Vinales. Na przykład na jednej z tych żółtych tabliczek przybitych do drzewa pisze: "Dla pokoju walczymy z honorem i odwagą" , podpisano CDR.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza