rotating_baner

wtorek, 26 stycznia 2016

Wai-o-tapu

Dzisiaj pojedziemy klasyką Nowej Zelandii. Jest takie miasto na północnej wyspie, gdzie prawie każdy turysta zawita. To takie trochę nasze Zakopane - obowiązkowy punkt na trasie zwiedzania kraju. Rotorua, bo o tym mieście mowa, słynie głównie z jednej rzeczy: zjawisk geotermalnych. Pamiętacie jak przy okazji Auckland wspominaliśmy o wulkanach? Nie biorą się one znikąd. Nowa Zelandia ma tą przyjemność, iż znajduje się na styku dwóch płyt kontynentalnych, ma to swoje negatywne efekty jak np. niedawne trzęsienie ziemi w Christchurch w 2010. Są też i pozytywne strony i możemy się im doskonale przyjrzeć z bliska w Rotorua i okolicach.
Około 30 minut jazdy samochodem na południe od Rotorua możemy dotrzeć do najbardziej popularnego parku geotermalnego: Wai-o-tapu. Cena wstępu to 32.5 nzd dorosły, 11 nzd dziecko (5 lat i więcej). Cena jak widać niemała. Spotkaliśmy się też z opinią, że jak ktoś widział parki geotermalne w Stanach Zjednoczonych, to nie warto sobie zawracać głowy tymi w Rotorua. Są dużo mniejsze i zdecydowanie gorsze. No cóż, my do Stanów jeszcze nie dotarliśmy, więc nam się podobało.
Wai-o-tapu zwiedza się około 1.5h do 2h. Dobra wiadomość jest taka, że śmiało można z wózkiem pomykać, za wyjątkiem ostatniego fragmentu, ale to można już zwiedzić na zmianę (w sensie jedna osoba waruje przy wózku, druga bryka po ścieżkach). Jeszcze jedna wskazówka, warto się pojawić rano, około 9:30 wtedy jest prezentacja gejzera Lady Knox. Chłopaki walą sporo mydła do dziury, a w odpowiedzi dostają wysoki na 10 do 20 metrów gejzer. Nie wstaliśmy tak rano, więc nie możemy potwierdzić czy warto.
Jak ktoś nie chce wydawać pieniędzy, albo nie ma czasu na żaden park geotermalne, to namiastkę tego można zobaczyć zupełnie za darmo w parku miejskim w samym Rotorua. Park znajduje się nieopodal szpitala. Dość łatwo go wypatrywał, bo jak się przejeżdża samochodem, to co rusz widać obłoki unoszącej się pary wodnej.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza