rotating_baner

niedziela, 3 kwietnia 2016

Kozi

Ostatnio sprawa z wstawianiem czegokolwiek na bloga robi się coraz trudniejsza. Jedyny wolny czas kiedy cokolwiek można napisać, czy też wybrać jakieś zdjęcia, to moment kiedy dzieciaki oddały się w objęcia Morfeusza. Ta wielka chwila nadchodzi dopiero późnym wieczorem, około 22. Wtedy jest czas by cokolwiek napisać. Niestety smutna prawda jest taka, że i nas ostatnio coraz częściej wtedy dopada ogromna ochota na sen. Może to Fidżi, gdzie teraz jesteśmy tak na nas rozleniwiająco działa. W każdym razie teraz jeszcze się udało, zobaczcie jak nie zdobyliśmy Góry Kościuszki.
Zanim przejdziemy do naszej wycieczki na Kozi - tak Górę Kościuszki nazywają Australijczycy, dla nich oryginalna nazwa to łamaniec nie do powtórzenia - podzielimy się z Wami kilkoma zdjęciami, na których uchwyciliśmy coś co nie przestaje nas zadziwiać w Australii. Na każdym kempingu ze snu budzi nas głośny rwetes (bo inaczej tego nie można nazwać) ptaków. Głównie papug. W miarę przemierzania Wiktorii zapoznajemy się z kolejnymi egzemplarzami. Wielką papugę kakadu już znacie. Ostatnio widzieliśmy również całe białe, ale z czerwoną głową. Były też i mniejsze, ale jeszcze barwniej upierzone.
Takie kolorowe ptaki z pewnością zachwycały też pierwszego odkrywcę góry, która jest bohaterem dzisiejszego wpisu. W 1834 roku ambitny Paweł Edmund Strzelecki urodzony w Głuszynie pod Poznaniem wyrusza z Liverpoolu w swoją niezwykłą 9-letnią podróż dookoła świata. Do długiej listy odkryć i dokonań podczas swojej wyprawy dopisuje w 1840 roku odkrycie i zbadanie najwyższego szczytu Australii. Kształt góry tak bardzo przypominał mu grobowiec naszego bohatera narodowego Tadeusza Kościuszki, że postanawia nazwać ją jego imieniem. I tak do dzisiaj Australijczycy męczą się z wymową.
Obecnie by zdobyć najwyższą górę Australii wcale nie trzeba aż tyle potu wylać, co nasz rodak ponad 180 lat temu. W miejscowości Thredbo, która przypomina australijskie Zakopane, kursuje Kościuszko Express, czyli krzesełkowa kolej linowa (35AUD osoba dorosła), która wywozi nas na wysokość blisko dwa tysiące metrów. Stamtąd na szczyt wiedzie łatwy, ale dość długi, bo liczący 13km w obie strony szlak (całość trasy 4-6h). Jako ciekawostkę możemy napisać, że w dolnej stacji kolejki do wypożyczenia są plecaki - nosidełka dla dzieci. W sam raz by spakować takiego Łukasza. A my no cóż, trochę późno pojawiamy się w Thredbo. Zanim się ogarniamy i docieramy do kolejki jest już tak późno, że jedyne co możemy zrobić to wyjechać na górę i dotrzeć na punkt widokowy, skąd roztacza się panorama na Kozi (4km w obie strony). Trochę szkoda, bo następnego razu pewnie już nie będzie.
Tak,ten szczyt na środku zdjęcia to słynny Kozi. 
Nasz nocleg tego wieczoru wypada w Jindabyne. Mała miejscowość położona nad jeziorem, około godziny jazdy od Thredbo. Wybieramy kamping trochę na uboczu. Dzięki temu bardzo szybko zapoznajemy się że stadem kangurów.
Zaraz przed zachodem słońca niebo robi się bardzo dramatyczne, ale tylko na tym się kończy. Nie pada. Świetna okazja do zrobienia ładnego zdjęcia.
Z Jindabyne ruszamy i mamy jeden cel. Dotrzeć do Sydney, raptem około 1000 km. Jak się szybko można przekonać na standardy australijskie to 1000 km, to wcale nie jest daleko.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza